Dziś obchodzimy 75. rocznicę zbrodni UPA w Borownicy. Był to pogrom polskiej ludności dokonany w biały dzień przez oddziały ukraińskich szowinistów.

O ataku na Borownicę zadecydowało położenie wsi na trasie przemarszów oddziałów UPA oraz to, że była siedzibą polskiej administracji. 20 kwietnia 1945 roku grupa dowodzona przez „Chrina” ostrzelała przysiółek Czarny Potok z karabinów maszynowych i granatników. Od amunicji zapalającej ogniem zajęły się domy.

Jak mówi dr Andrzej Zapałowski, ,,Banderowcy podjęli decyzję, że na tym obszarze, na południe od Przemyśla stworzą można powiedzieć tak jakby banderowskie państwo. Aby osiągnąć ten cel postanowili całkowicie wyeliminować z tego obszaru polską administracje, wraz z całą ludnością polską. W związku z tym już wiosną 1945 roku dochodziło do napadów i mordów.[…] Miesiąc przed akcją na Borownicę z sąsiedniego Żohatyna wygoniono całą ludność polską – mówi historyk.




Ludność Borowicy przeczuwając zagrożenie utworzyła oddział samoobrony składający się z kilkudziesięciu mieszkańców. Na ich nieszczęście, owego dnia padał rzęsisty deszcz oraz było wyjątkowo zimno, co sprawiło, że większa część obrońców znajdowała się w domach chcąc chronić się przed zimnem. ,,20 kwietnia zgrupowanie liczące kilkuset banderowców otoczyło Borownicę. Doszło do dość niefortunnego zbiegu okoliczności dla polskich obrońców, że było wtedy bardzo zimno i lał ulewny deszcz. Część członków samoobrony zeszła z posterunku, żeby się ogrzać do swoich domów. Wtedy wioska została zaatakowana. W skutek godzinnej walki zginęło 60 kilka osób. Tak naprawdę do dzisiaj nie są znane prawdziwe straty. W niektórych meldunkach milicji pojawiają się straty nawet 100 kilkudziesięciu osób” – zaznacza dr Zapałowski.

– Położyliśmy się ponownie do spania, a oni ze wszystkich stron zaczęli strzelać. Nie było możliwości wyjść przez okna, bo szybko zostały wybite. Dopiero po jakimś czasie udało nam się przedostać do murowanej stajni. Tam dołączyło do nas dwóch miejscowych uciekających mężczyzn. Ostrzegli oni mojego tatę, żeby uciekał, bo Ukraińcy nie mają litości dla chłopów, a dzieciom i matce nie zrobią krzywdy. Mój ojciec nie chciał uciekać, ale matka mu kazała. Mówiła mu: „co ja zrobię sama z dziećmi bez Ciebie”. Nie wiedziała wtedy, że ona też za chwile starci życie – wspomina pani Zofia Salama.




 

Mieszkanka Borownicy mówi, że po jakimś czasie członkowie UPA podpalili stajnie i musiała razem z matką i bratem z niej uciekać. Wówczas została ranna w ramię, ale udało im się zbiec do lasu. Niestety również tam odnaleźli ich oprawcy, którzy do stłoczonych osób oddali serię z karabinu. Ona przeżyła, ale straciła matkę i brata. Z innymi dziećmi parę dni ukrywała się w lesie, a następnie odnalazła schronienie w karczmie w piwnicy.
– Potem jeszcze jeden dzień w kościele przetrwałyśmy całą noc, a następnie przyjechało koło samego wieczora wojsko i zabrali tych zabitych. Złożyli ich koło kościoła. Na pochowali ich tylko przykryli szczeciną, bo nie było czym chować. Pamiętam wówczas, że wtedy jeszcze jeden gospodarz przyniósł tam swoich dwóch zabitych synów. Jeden z nich był cały porżnięty, a drugi miał przepchane uszy kolczastym drutem, z ucha do ucha. Jeden miał 17 lat, drugi 15– do dzisiaj z bólem wspomina o tej tragedii pani Zofia Salama z Borownicy.

Tegoroczne obchody tego ludobójstwa nie odbędą się ze względu na pandemię koronawirusa. Zachęcamy do osobistej modlitwy za pomordowanych.