Ukraińcy grają historią

Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej promuje ostatnimi czasy grę planszową: „Ukraina: rewolucja narodowa 1917-1921„. W grze ukraińscy historycy uczą najmłodszych, że m.in. wschodnie tereny Polski są „etnicznie ukraińską ziemią”. 

Rewizja historii za naszą wschodnią granicą trwa w najlepsze. Historycy z UIPN stworzyli grę edukacyjną – jak zapewniają – mającą na celu budzenie narodowej tożsamości wśród społeczeństwa. Jej celem jest również wzbudzanie dumy wśród najmłodszego pokolenia z historii własnej ojczyzny, co ma być łączone z zabawą, której emanacją jest przedstawiona gra.

Nie byłoby w tym nic zdrożnego, wszak każdy naród ma prawo do patriotycznego edukowania młodzieży, o ile jest zgodna jest ona z prawdą historyczną. Ukraińska gra niestety nijak ma się do prawdy historycznej. Owa „gra edukacyjna” składa się z planszy, która jest mapą. Na żółto oznaczono na niej tereny państw ościennych, czerwona plama oznacza „українскої етнічної території – ukraińskie etniczne terytoria”. W ich skład – zdaniem twórców gry – wchodzą ziemie sięgające polskiego Chełma, Przemyśla, Sanoka, Siedlec i Żegiestowa.

Sama gra polega na tym, że jej uczestniczy skaczą pionkami wokół granic „ukraińskich etnicznych terytoriów”. Rozgrywkę wygrywa ten, kto najszybciej zakończy podróż wokół ukraińskich granic. Gra mimo, że jest dopiero w fazie testów, za naszą wschodnią granicą już teraz zbiera bardzo pozytywne recenzje. Nie można uczyć bez tej gry – piszą najbardziej zafascynowani.

Ukraiński IPN jak dotąd nie określił, kiedy gra wejdzie do masowej sprzedaży. Prezes instytutu – Wołodymyr Wiatrowycz, chce by nastąpiło to jak najszybciej. Polski MSZ jak dotąd nie zabrał głosu w sprawie ukraińskiej gry planszowej, a szkoda.

Źródło: Український інститут національної пам’яті (Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej)

Niedźwiedzie harcują w Bieszczadach

Zbliża się zima a zatem wzmaga się aktywność niedźwiedzi w Bieszczadach. O rozwagę i czujność apelują leśnicy, samorządowcy oraz mieszkańcy okolic Ustrzyk Dolnych. Apel jest skierowany głównie do turystów.

Nadleśniczy nadleśnictwa Ustrzyki Dolne Maciej Szpiech wysłał do gmin pismo, w którym prosi burmistrza Ustrzyk Dolnych i wójtów o poinformowanie mieszkańców o tym by zachowali ostrożność idąc do lasu – na terenie nadleśnictwa występuje bowiem zagrożenie atakiem niedźwiedzi.

Apel został wysłany do wszystkich gmin lezących na terenie nadleśnictwa. Niedźwiedzie można najczęściej spotkać w masywie Kamiennej Laworty oraz przy źródłach Strwiąża, na terenie gminy Czarna jest to pasmo Żukowa oraz okolice miejscowości Paniszczów i Wola Sokołowa.

Istnieje jednak realne ryzyko spotkania go również w innych kompleksach leśnych nadleśnictwa. dotyczy to szczególnie miejsc obfitujących teraz w owoce leśne lub występujące gęste młodniki iglaste i zarośla, gdzie niedźwiedzie mogą odpoczywać podczas dnia. Mają one dobrze rozwinięty zmysł węchu i słuchu i na ogół unikają one spotkania z człowiekiem, lecz zaskoczone jego obecnością, mogą być bardzo niebezpieczne, a szczególnie agresywne mogą być matki z młodymi – czytamy w liście skierowanym do włodarzy gmin.

Leśnicy zwracają, że zaczął się sezon grzybowy, w okolicach Ustrzyk jest też sporo spacerowiczów, a niektóre niedźwiedzie co raz mniej się boją ludzi. Stąd też apel i ostrzeżenie przed miejscami gdzie można spotkać niedźwiedzie. Nadleśniczy apeluje też, by chodząc po lesie być czujnym i trzymać się wyznaczonych ścieżek i szlaków. Mieszkańcy powinni też pamiętać, że niedźwiedzie żerują w nocy i poruszać się po zmroku należy tylko wtedy kiedy jest to absolutnie konieczne.

Źródło: Gazeta Bieszczadzka
Zdjęcie: kresy.pl

Co dalej z najsłynniejszym rzeszowskim pomnikiem?

Pomnik Czynu Rewolucyjnego, bo tak brzmi oficjalna nazwa charakterystycznego pomnika znajdującego się w centrum Rzeszowa, ma zostać usunięty z przestrzeni publicznej. Takiego zdania są pracownicy rzeszowskiego Instytutu Pamięci Narodowej, przeciwny tej decyzji jest prezydent Rzeszowa – Tadeusz Ferenc. 

Co proponuje IPN?
Zdaniem IPN pomnik miałby zostać usunięty z rzeszowskiej przestrzeni publicznej zgodnie z obowiązującą od ponad roku ustawą dekomunizacyjną. Wedle zapisów wynikających z niej zakazane jest propagowanie komunizmu lub innego ustroju totalitarnego poprzez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej. W związku z zapisem ustawy zobligowane do usuwania komunistycznych upamiętnień są samorządy, zgodnie z zaleceniami rzeszowskiego IPN. Instytut w sprawie niesławnego pomnika oficjalnie wypowiedział się latem, w piśmie wysłanym do Rady Miasta. Informowano w nim, że na terenie Rzeszowa są także upamiętnienia, które nie powinny istnieć w przestrzeni publicznej. Co można odczytywać jako sugestię do całkowitego demontażu kontrowersyjnego pomnika.

Odpowiedź prezydenta miasta
Tadeusz Ferenc (były członek PZPR) jednoznacznie nie zgadza się z opinią pracowników IPN. Co więcej prezydent stanął w obronie pomnika i napisał list do dyrektora rzeszowskiego oddziału IPN, w którym podkreślił przywiązanie mieszkańców do pomnika. W swojej argumentacji powoływał się również na walory artystyczne i historyczne monumentu. Ferenc swoje stanowisko tłumaczył tym, iż w jego opinii pomnik jest integralnym elementem miejskiego krajobrazu od ponad 40 lat, a także stanowi najbardziej rozpoznawalny symbol Rzeszowa.

Co dalej z pomnikiem?
Prezydent Rzeszowa jest zdeterminowany by bronić pomnika. Dlatego też poprosił, aby do dyskusji na jego temat zostały włączone środowiska artystyczne oraz mieszkańcy, którzy także mają wypowiedzieć się w sprawie jego przyszłości. Historycy z IPN zapewniają, że ich zdanie w sprawie monumentu jest niezmienne. Mimo to zapewniają, są gotowi na dalsze rozmowy. Ich zdaniem kluczowa będzie również opinia konserwatora, która będzie miała wpływ na ostateczny kształt formułowanych przez IPN wniosków.

Historia pomnika
Pomysłodawcą budowy pomnika był I sekretarz KW PZPR w Rzeszowie Władysław Kruczek. Prace przy budowie pomnika ruszyły w 1967. Wykonawcą rzeźby Nike i z drugiej strony pomnika twarzy chłopa, żołnierza i robotnika ze sztandarem rewolucji był rektor krakowskiej ASP – Marian Konieczny (poseł na Sejm PRL VIII i IX kadencji z ramienia PZPR, członek Rady Krajowej PRON w 1983 r.).
Pomnik od 2006 r. znajduje się na terenie należącym do zakonu oo bernardynów. Pomnik nie został wyłączony w akcie przekazania gruntu, nie jest również wpisany do rejestru zabytków. Zakonnicy na otrzymanym terenie wybudowali ogólnodostępne ogrody i podziemny parking, nie mają jednak planów co do przyszłości pomnika.

Zdjęcie: Paweł Litwin

Deszcz pokrzyżował plany organizatorom, czyli „Czarny Wtorek” w Rzeszowie

O godzinie 17 na rzeszowskim Rynku odbyła się manifestacja środowisk lewicowych i feministycznych – „Czarny Wtorek”. Celem pikiety było przypomnienie o pierwszej rocznicy tzw. „Czarnego Protestu”. Rok temu na ulice polskich miasta wyszło ponad 100 000 osób, celem zaprotestowania przeciwko planom rządu dotyczących zmian w prawie do aborcji. 

Niewątpliwy sukces ubiegłorocznych manifestacji, nie został przekłuty na długofalowy trend. W ubiegłym roku na ulicach podkarpackich miast pojawiło się około 1 500 osób. W tym roku na największej – centralnej manifestacji w Rzeszowie zjawiło się ich zaledwie 70. Były to osoby w różnym wieku. Większość stanowiły kobiety, które sprawa aborcji – ze względu na wiek – nie dotyczy.

Co było powodem wczorajszego protestu? Zdaniem organizatorów rząd Beaty Szydło zlikwidował rządowe dofinansowanie in-vitro, ustawa antyaborcyjna została de facto zaostrzona a tabletki „dzień po” – będące de facto formą aborcji prewencyjnej – można zakupić w aptece jedynie na receptę.

Manifestacja rozpoczęła się tuż po godzinie 17. W strugach deszczu przemawiała m.in. Agnieszka Itner, działaczka skrajnie lewicowej Partii Razem – Nasz rząd zabrał nam dostęp do antykoncepcji awaryjnej, do edukacji seksualnej, którą zastąpił katolicką propagandą. Teraz szykują się, aby załatwić samorządy, które finansują in-vitro. Dlatego dalej musimy się spotykać, walczyć i pokazywać, że solidarność jest naszą bronią. Zwyciężymy!

Swój głos w sprawie zabrała również działaczka Nowoczesnej – Katarzyna Kołodziej. Aktywistka formacji Ryszarda Petru utyskiwała, że dzieci jej znajomych są zagubione i kompletnie nic nie wiedzą o stosunkach płciowych – Potem się dziwimy, że dzieci rodzą dzieci – dodała na koniec zmartwiona Kołodziej.

W przerwach pomiędzy przemówieniami zgromadzeni nieśmiało wykrzykiwali hasła, dominowały te promujące aborcję ale pojawiały się również antyrządowe. Na koniec organizatorzy dodali, że w całym kraju zebrano już ponad 100 000 podpisów pod projektem ustawy mającej na celu zliberalizowanie prawa aborcyjnego. Jak dumnie podkreślali organizatorzy, na Podkarpaciu tych podpisów zgromadzono już 1 500. Całkiem sporo jak na ponad 2 200 000 województwo nieprawdaż?

 

Iluzoryczny wzrost kwoty wolnej od podatku

Rząd pozytywnie zaopiniował projekt podniesienia kwoty wolnej podatku do 8 tys. zł. Podwyżka ma mieć miejsce od 1 stycznia 2018 roku. Obecnie kwota wolna od podatku wynosi 6,6 tys. zł.  Realnie odczują ją jednak tylko najbiedniejsi.

Przypomnijmy, że od obecnego roku kwota wolna od podatku jest degresywna, czyli maleje wraz ze wzrostem dochodów. W przyszłym roku progi te wyniosą 13 000 zł, 85 528 zł, oraz 127 000 zł.
Oznacza to, że osoby z dochodem poniżej 8 000 zł nie zapłacą podatku dochodowego w ogóle, a osoby które przekroczą tę kwotę, będą ten podatek płaciły stosunkowo wyższy. Dla osób, które zmieszczą się w przedziale 13 000-85 528 zł kwota wolna od podatku wyniesie 3 091 zł, a powyżej 85 528 będzie spadała aż do 0 przy 127 000 zł rocznego dochodu.

Co to realnie oznacza?

Tyle teorii ekonomicznych. A co to realnie dla nas oznacza? Otóż każda z osób zarabiających, odprowadza co miesiąc zaliczkę na podatek dochodowy. Później po wypełnieniu PIT-a (co trzeba zrobić do końca kwietnia, w roku kalendarzowym następującym po roku, który rozliczamy) Urząd Skarbowy  sprawdza go, wzywa do dopłat tam gdzie są one potrzebne, a także zwraca pieniądze odliczone na podstawie różnego rodzaju ulg. Jedną z nich jest kwota wolna od podatku. Oznacza ona, że do pewnej kwoty podatku po prostu nie powinniśmy płacić, więc US zwraca wpłacone zaliczki.  Od kwoty 8 000 zł, zapłaciliśmy więc  1 440 zł podatku.  I pieniądze te Urząd Skarbowy ma obowiązek nam zwrócić. Osoby których roczny dochód przekroczy 8 000 zł,  kwota wolna będzie relatywnie maleć aż do kwoty 13 000 zł. Dla takich osób kwota wolna to 3091 zł, czyli w kieszeni zostanie realnie 556,02 zł. Ten próg będzie obowiązywał aż do dochodu rocznego nieprzekraczającego 85 528 zł, następnie zacznie maleć, aż do 0 przy 127 000 zł.

Kwota wolne w Polsce, a w innych krajach Europy

Niestety Polska, ze swoją kwotą wolną dalej pozostanie w Europejskim ogonie. 8 czy nawet 13 tys zł, są to kwoty, które zarabiają studenci, czy osoby pracujące dorywczo. Minimalna pensja w 2017 roku to 24 000 zł rocznie,  czyli jest to próg jedynie 3091 zł. Dla porównania na Słowacji kwota wolna wynosi  blisko 17, a na Chorwacji ponad 14 tys. zł.  Polskie więc 3091, dla zwykłego polskiego pracownika, wydaje się wiec śmieszne…

Chował się przed policją w lesie, bo był pijany

Do niecodziennej sytuacji doszło na trasie Baligród-Hoczew. Mężczyznę, jadącego uszkodzonym oplem astrą, zauważył świadek, który powiadomił policję i zatrzymał samochód. Kierujący oplem astrą uciekł do lasu, gdzie próbował ukryć się przed policjantami. 

Wczoraj przed godz. 15, dyżurny leskiej komendy otrzymał informację o pijanym kierowcy jadącym drogą z Baligrodu do Hoczwi. Zgłaszający poinformował, że zaniepokoił się widząc samochód jadący z uszkodzonym kołem. Gdy zatrzymał niesprawnego opla astrę, od kierującego wyczuł woń alkoholu. Kierowca opla uciekł do lasu.

Policjanci w Zahoczewiu zabezpieczyli porzucony pojazd. W pobliskim lesie znaleźli mężczyznę, który najpierw próbował schować się przed policjantami w zaroślach, później zaś próbował uciekać. Zatrzymanym okazał się 28-latek z Nowosiółek. Był on kompletnie pijany. W organizmie w chwili zatrzymania miał 3,3 promila alkoholu. Noc spędził trzeźwiejąc w policyjnym areszcie. Za kierowanie pojazdem w stanie nietrzeźwości odpowie przed sądem.

Źródło: podkarpackapolicja.gov.pl

Feministyczne „Czarne protesty” finansowane z zagranicznych pieniędzy?

Rok temu Polki wyszły na ulice, by przeciwstawić się proponowanym przez Prawo i Sprawiedlowość zmianom w sprawie aborcji. Projekt ustawy, który wywołał kontrowersje, został przygotowany przez środowiska pro-life, w tym Ordo Iuris. Zakładał on m.in. zakaz aborcji oraz wycofanie z aptek tzw. „pigułek dzień po”.

Postulaty proponowane przez partię rządzącą zmobilizowały organizacje feministyczne do protestów. Niedługo później do apeli feministek przyłączyły się partie opozycyjne (Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Sojusz Lewicy Demokratycznej czy Partia Razem). Skonsolidowane środowiska lewicowo-liberalne znalazły również poparcie w wielu mainstreamowych pismach (Gazeta Wyborcza, Polityka, Newsweek) oraz stacjach telewizyjnych (Polsat, Superstacja, TVN). Środowiska feministyczne mając tak potężne wsparcie zmobilizowały rok temu (3 października) dziesiątki tysięcy kobiet w kilkudziesięciu miastach Polski. Niewątpliwy sukces swoich manifestacji określono mianem „czarnego protestu” (od koloru ubrań, w który kobiety przyodziały się tego dnia).

Jak wykazała fundacja Ordo Iuris, rzekomo spontaniczne protesty miały od samego początku wsparcie finansowe z zagranicy. Po analizie raportów fundacji feministycznych, jasno wynika, że na marsz Polek organizacje dostały milion złotych. – Naszym zdaniem te pieniądze mogły wpłynąć na dyskurs publiczny w Polsce. Na pewno przyczyniły się do zablokowania inicjatywy obywatelskiej „Stop Aborcji” – mówi w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Tymoteusz Zych z Ordo Iuris. Raport powstał na postawie danych, które były umieszczane na stronach internetowych konkretnych organizacji.

Z opracowania wynika, że najwięcej tych środków, bo aż 90 proc., otrzymała Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (Federa) oraz działająca razem z tą organizacją ASTRA Network i grupa edukatorów Ponton. Jedną z zagranicznych organizacji, która przelała duży grant, była Global Found for Woman (GFW) z siedzibą w USA. Miała ona przekazać organizatorkom „czarnego protestu” aż 12 tys.dolarów. W raporcie Ordo Iuris znajdziemy również nazwy innych organizacji przekazujących swoje datki na rzecz polskich organizacji feministycznych, np. fundusz MamaCash, który wspiera grupę Ponton, miał przekazać 30 tys. euro. Natomiast International Women’s Health Coalition (IWHC) pisze na swojej stronie, że wpłaciła 40 tys. dolarów na konto organizacji ASTRA.

Zwolennicy czarnego protestu nie wydają się przejęci raportem, tłumacząc, że Ordo Iuris powinno ujawnić swoje źródła finansowania.

W rocznicę „czarnego protestu” feministki ponownie wyjdą na ulice polskich miast. Będą protestować również w Rzeszowie na Rynku.  Ponadto protesty mają być zorganizowane w Sanoku na Placu Harcerza oraz w Przemyślu na Pl. Dominikańskim. Wszystkie protesty rozpoczną się o godzinie 17. Zwolenniczki liberalizacji prawa aborcyjnego będą dziś zbierać podpisy pod ustawą liberalizującą aborcję, proponowaną przez komitet „Ratujemy Kobiety”.

Źródło: money.pl

Jeździł po pijanemu bez prawa jazdy, będzie miał problemy

Mieszkaniec Ropczyc źle będzie wspominać swoją niedzielną przejażdżkę. Kierujący pojazdem, podczas rutynowej kontroli miał prawie dwa i pół promila alkoholu we krwi.

Kierujący Daewoo Tico, został zatrzymany przed godz. 17 przez patrol ropczyckiej drogówki. Podczas kontroli okazało się, że zatrzymany nie posiadał uprawnień do kierowania pojazdem, ponadto miał blisko 2.5 promila alkoholu w wydychanym powietrzu.

Za swój czyn 58-letni mieszkaniec Ropczyc poniesie odpowiedzialność karną przed Sądem. Policja przypomina, że za kierowanie pojazdem w stanie nietrzeźwości grozi kara ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do 2 lat oraz zakaz kierowania pojazdami na okres nie krótszy niż 3 lata. Należy pamiętać, że jazda na podwójnym gazie stwarza zagrożenie nie tylko dla kierującego ale przede wszystkim dla innych uczestników ruchu drogowego.

Źródło: podkarpacie112